ETHOS 85-86: R.Buttiglione
Rocco BUTTIGLIONE, Racje papieża Benedykta XVI  (tłum. P. Mikulska)
 
 
 
SKANDAL
 
            W Ewangelii napisano, że to dobrze, gdy zdarzają się skandale. Skandal jest jak burza: oczyszcza atmosferę, wyjaśnia sytuację i zmusza do zajęcia stanowiska, do opowiedzenia się po jednej ze stron. Takie znaczenie miała niezrealizowana wizyta Benedykta XVI na Uniwersytecie La Sapienza.
            Fakty są znane. Rektor Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie zaprosił Papieża na inaugurację roku akademickiego. Sześćdziesięciu siedmiu profesorów rzymskiej uczelni zaprotestowało. Napisali, że nie można dopuścić, aby Papież przedstawił wykład inauguracyjny, ponieważ wykład ten mógłby narzucić uczelni kierunki badań, które mają być prowadzone w ciągu roku akademickiego. Byłoby to pogwałceniem autonomii uniwersytetu, a nawet więcej: wyrazem podporządkowania się uniwersytetu Kościołowi katolickiemu. Uniwersytet przestałby więc być wolną instytucją służącą nauce, a stałby się narzędziem instytucji wyznaniowej.
            Niech czytelnik pozwoli mi okazać zakłopotanie wobec tej niezwykłej wagi przypisywanej wykładowi inauguracyjnemu. O ile sobie przypominam (a spędziłem na uniwersytecie najlepszą część mojego życia), lectio inauguralis nigdy nie miała kosmicznego czy historycznego znaczenia, jakie w tym wypadku chciano jej przypisać. Wykład inauguracyjny to referat na temat jakiegoś aspektu wiedzy; wykład taki z pewnością nie zawiera żadnego nakazu wiążącego dla profesorów lub uniwersytetu i w żaden sposób nie narzuca im orientacji kulturowej czy politycznej. Przedstawienie wykładu inauguracyjnego powierza się zwykle najmłodszemu (i przypuszczalnie obdarzanemu najmniejszym autorytetem) na danym uniwersytecie profesorowi zwyczajnemu i jest to swego rodzaju przedstawienie się starszym kolegom. Niekiedy natomiast zaprasza się cieszącego się dużym autorytetem kolegę z innego uniwersytetu, aby "na żywo" usłyszeć jego poglądy; jeśli poglądy te wywołają dyskusję - tym lepiej.
            Rektor La Sapienzy podjął niefortunną próbę mediacji, która wielu z nas przypominała bajkę o wilku i owieczce. Pewnego razu wilk i owieczka spotkali się na brzegu strumienia. Wilk powiedział do owieczki: Zanieczyszczasz wodę, którą piję, i teraz drogo za to zapłacisz. Owieczka odpowiedziała: Niemożliwe, ty mieszkasz w górach, a ja w dolinie nad strumykiem. Woda spływa od ciebie do mnie, a nie odwrotnie. Oczywiście wilk nie był zainteresowany ochroną środowiska, chciał zjeść owieczkę i tak zrobił.
            Rektor udał, że wierzy w wyjątkową, świętą wagę wykładu inauguracyjnego i przyznał rację protestującym profesorom; uznał, że nie może zaprosić Papieża do przedstawienia tego wykładu, lecz że poprosi go o zabranie głosu na zakończenie uroczystości. To oczywiście nie wystarczyło. Grupy studentów fizyki rozpoczęły okupację wydziału i groziły manifestacją, w czasie której oprócz urządzania zwykłych w takich wypadkach prowokacji i rzucania inwektyw, podpalano by prawdopodobnie samochody oraz atakowano policję i innych studentów. Telewizję zalały obrazy przedstawiające trzystu czy czterystu studentów, którzy okupowali uniwersytet w proteście przeciwko Papieżowi. Rząd powiadomił Papieża, że jego nietykalność zostanie oczywiście zagwarantowana, lecz że nie można wykluczyć starć wśród studentów ani konfliktów między grupami studentów a policją. Czy wobec ryzyka bójek, ran, a może nawet ofiar śmiertelnych wśród policjantów i studentów Papież mógł udać się na inaugurację do La Sapienzy? A z drugiej strony, czy Papież mógł zrezygnować z tej wizyty - jakby wyrzekł się prawa do wolności słowa i zapomniał, że Jezus posłał swoich uczniów, aby byli znakiem sprzeciwu dla świata?
            Papież zdecydował się odwołać swój udział w inauguracji, lecz jednocześnie ogłosił, że przesłał tekst swojego wystąpienia[1]. Następnego dnia co najmniej dziesięć tysięcy studentów uniwersytetu zebrało się w auli Nerviego w pobliżu Bazyliki św. Piotra i krzyczało: "Nie pozwolono Ci przyjść na Sapienzę, Sapienza przyszła do Ciebie!". Nie można było nie porównywać kilku setek studentów, którzy nie chcieli Papieża na swoim uniwersytecie, z wieloma tysiącami tych, którzy chcieli, aby do nich przybył. Dlaczego wola nielicznych ma przeważać nad wolą wielu? Na jakiej podstawie laiccy studenci mogli żądać, aby uniwersytet "należał" do nich? Czy nie jest on domem tysięcy studentów katolików, a także niekatolików, którzy z uwagą i sympatią (choć niekoniecznie z bezwarunkową aprobatą) wysłuchaliby słów Papieża?
            Czy w państwie demokratycznym dozwolone jest, aby nieliczni, grożąc użyciem przemocy i zastraszając pozostałych, przywłaszczali sobie instytucje, które mają służyć wszystkim?
            W dniu inauguracji roku akademickiego około setki studentów pojawiło się na uroczystości z kneblem w ustach. Jestem dumny, mogąc powiedzieć, że była wśród nich także moja siostrzenica Maria. Kiedy zakończono odczytywanie przemówienia Papieża, nie wytrzymała, zerwała knebel i krzyknęła "Niech żyje Papież!", a sala wybuchła niekończącymi się oklaskami. Wielka jest symboliczna siła tego gestu. Obiegowa laicka teza głosi, że Papież, stosując niemożliwy do przyjęcia przymus zewnętrzny, narzuca społeczeństwu włoskiemu przestarzałe normy. Studenci zaś krzyczeli, że Papież jest ich głosem, że wyraża doświadczenie, w którym się rozpoznają, wyraża doświadczenie ich życia! Zamknięcie mu ust oznacza pozbawienie ich prawa do swobodnej wypowiedzi. Chrześcijanie stanowią ważną (nieistotne, czy większą, czy mniejszą) część społeczeństwa włoskiego i mają prawo głosu.
            Z tradycji laickiej, której zwolennikami są nietolerancyjni studenci z La Sapiezny, wyrasta pogląd, że Kościół jest rodzajem ciała obcego we włoskim społeczeństwie. Zgodnie z tą tradycją księża za pomocą groźby piekła zmuszali nieoświecony lud do głosowania wbrew jego przekonaniom i prawdziwym interesom na korzyść przywilejów kleru. Taką wizję upowszechniały elity masońskie w latach zjednoczenia narodowego (i dlatego były one konsekwentnie przeciwne powszechnemu prawu wyborczemu) i tak nadal myślą środowiska laickie.
            Przydałoby się zwrócić im uwagę, że dawnego wiejskiego ludu już nie ma, że dzisiaj średni poziom kulturalny osób, które chodzą na Mszę Świętą w każdą niedzielę, nie jest niższy od poziomu tych, które na nią nie chodzą, że miał miejsce Sobór Watykański II i dzisiejsi księża właściwie mówią o wszystkim z wyjątkiem piekła (prawdę mówiąc, byłoby dobrze, gdyby znów zaczęli choć trochę o nim mówić). Ateiści z La Sapienzy uważają, że człowiek nie może być jednocześnie wykształcony, uczciwy i wierzący. Kto nie przyjmuje ich dogmatów, nie zasługuje na pełne obywatelstwo. Rysunki satyryczne wyrażające brak tolerancji dla Papieża pokazują, że ateiści nie dopuszczają poglądu, że embrion jest osobą ludzką i dlatego ma prawo do życia. Niedopuszczalne - ich zdaniem - jest uważać małżeństwo za wspólnotę życia mężczyzny i kobiety, wspólnotę, której celem jest wydanie na świat dzieci. Nazwanie jakiegoś poglądu niedopuszczalnym oznacza, że z tym, kto pogląd ten głosi, nie warto dyskutować, że wykluczony jest poważny spór intelektualny i pozostaje tylko broń szyderstwa i ewentualnie fizycznych represji.
            Żebyśmy się zrozumieli: Jestem przekonany, że embrion jest osobą ludzką i ma prawo do życia od chwili poczęcia. Uważam jednak też za dopuszczalne, że osoba wykształcona i uczciwa będzie myślała inaczej, jestem gotów rozważyć jej argumenty i zarzuty i starać się na nie odpowiedzieć; jestem też gotów przyjąć fakt, że większość narodu włoskiego może myśleć inaczej niż ja. Ateiści z La Sapienzy tego nie akceptują, a faktu, że niekiedy naród włoski nie myśli tak jak oni, absolutnie nie potrafią tolerować - ateiści z La Sapienzy są właśnie nietolerancyjni. Dlatego chcieli pozbawić wolności słowa kogoś, kto nie myśli tak jak oni, a jeśli jest to Papież - tym lepiej.
            Następnej niedzieli około dwustu tysięcy osób (wśród nich kilkadziesiąt tysięcy studentów i profesorów La Sapienzy) zebrało się na placu św. Piotra na modlitwę Anioł Pański, żeby wysłuchać Papieża. Była to wielka manifestacja na rzecz tolerancji i wolności słowa.
Niedopuszczenie do udziału Papieża w uroczystości inauguracji roku akademickiego miało mimo wszystko liczne skutki pozytywne. Była to okazja do złożenia przez studentów i nauczycieli akademickich wielkiego świadectwa - świadectwa, że istnieje lud chrześcijański, który utożsamia się ze słowami Papieża. Jego słowa zresztą nie rodzą się w próżni, lecz ich źródłem jest żywe doświadczenie Kościoła, w które Papież się wsłuchuje. Istnieje we Włoszech żywa wiara, która porusza lud, i ten lud spokojnie i stanowczo żąda wolności i praw, jakimi cieszą się wszyscy Włosi. Nie akceptuje myśli, że jest tylko tolerowanym gościem, a nie obywatelem mającym pełne prawa na uniwersytetach i w innych instytucjach publicznych. Świadectwo chrześcijan zostało przyjęte również przez wielu ludzi niebędących chrześcijanami. Zjawisko to występowało już wcześniej, lecz przy tej okazji nabrało intensywności.
Zanim pojawi się problem treści świadectwa, należy podjąć jeszcze ważniejszy problem metody. Kwestią bowiem jest nie to, czy chrześcijanie mają rację, czy jej nie mają, lecz to, czy chrześcijanie mają wolność słowa. Mrocznym dziedzictwem faszyzmu i komunizmu w kulturze włoskiej jest lekceważenie "wolności formalnych". Poparcie dla własnej sprawy jest zawsze uważane za usprawiedliwione. Tym razem jednak niektórzy wolni duchem niechrześcijanie przyznali, że chrześcijanie mają prawo głosu.
            Inni poszli jeszcze dalej. Wskutek oddziaływania dziedzictwa idealizmu i marksizmu w dominującej we Włoszech kulturze pojawiło się przekonanie, że prawdą jest to, co zgodne z kierunkiem rozwoju historii. Każde nowe zjawisko, zwłaszcza jeśli zwracało się przeciwko tradycyjnym wartościom, było uważane za pozytywne a priori, niepotrzebujące dowodów. Po upadku marksizmu naiwność tej postawy stała się szczególnie widoczna. Każdą propozycję zmiany należy jednak zbadać, żeby sprawdzić, czy straty z niej płynące nie przewyższają korzyści. Oddaje się więc głos również tym, którzy bronią tradycji, i słucha się ich: mogą nawet mieć rację. Fenomen tak zwanych pobożnych ateistów pod wodzą Giuliano Ferrary jest w gruncie rzeczy wyrazem tego nowego podejścia[2].
            Skandal na Uniwersytecie La Sapienza był również okazją do rozwinięcia przez Benedykta XVI wielkiego dyskursu na temat wolności, tolerancji i rozumu. Dyskurs ten, którego źródłem jest świadectwo ludu chrześcijańskiego, w pewnym sensie wyraża to, co lud właśnie przeżywa, wyjaśnia znaczenie rozgrywających się wydarzeń i pozwala w pełni przeżyć ich sens.
 
LISTY
 
            Zanim skupimy uwagę na przemówieniu Benedykta XVI, zatrzymajmy się przy dwóch listach, które wywołały sprawę: liście profesora Marcella Ciniego i liście podpisanym przez sześćdziesięciu siedmiu wykładowców, którzy się do niego przyłączyli. W listach tych wyjaśniano, dlaczego Papież nie powinien zostać zaproszony na uniwersytet. Mam nadzieję, że nie zostaną przeczytane za granicą, gdyż mogłyby zrujnować resztki prestiżu, którym jeszcze cieszy się nasz uniwersytet w świecie.
            Profesor Cini rozpoczyna od uzasadnienia, dlaczego Joseph Ratzinger w gruncie rzeczy nie jest "kolegą", czyli profesorem uniwersyteckim. W rzeczywistości Ratzinger, poza tym, że jest Papieżem, jest również jednym z najwybitniejszych intelektualistów dwudziestego wieku i każdy uniwersytet na świecie byłby zaszczycony możliwością zaproszenia go do przedstawienia wykładu inauguracyjnego. Nie jest jednak wystarczająco dobry dla profesora Ciniego, który pisze, że wprawdzie w pierwszych latach po założeniu uniwersytetu, obok dyscyplin humanistycznych, fizycznych, matematycznych i przyrodniczych, przedmiotem nauczania była teologia, od dawna jednak nie ma już śladu po tej dyscyplinie na nowoczesnych uniwersytetach, zwłaszcza publicznych, w państwach niewyznaniowych. Ratzinger jest teologiem, teologia nie należy do programu nauczania nowoczesnych, laickich uniwersytetów, nie ma więc powodu, żeby Ratzinger przemawiał na La Sapienzy.
            Gdyby profesor Cini zadał sobie trud zbadania akademickiego życiorysu profesora Ratzingera, dowiedziałby się, że przyszły Papież nauczał na pięciu uniwersytetach państwowych w Republice Federalnej Niemiec. Nie były to przy tym uniwersytety drugorzędne. Powszechnie uważa się, że uniwersytety niemieckie należą do najlepszych na świecie. Profesor Cini z pewnością nigdy nie słyszał o uniwersytetach w Tybindze, Heidelbergu, Fryburgu Bryzgowijskim, Regensburgu czy Monachium. A gdybyśmy spróbowali udać się do Stanów Zjednoczonych? Oglądana tam panorama uczelni, na których wykłada się teologię, niewiele się różni od niemieckiej. A jeśli profesor Cini, co oczywiste, nie lubi tak daleko podróżować, wystarczy wybrać się do Szwajcarii, do Fryburga, żeby odkryć wydział teologiczny działający na całkowicie świeckim uniwersytecie. Niezły przykład prowincjonalizmu! Trzeba się zgodzić, że uniwersytet przede wszystkim powinien uczyć metody krytycznej: sprawdzania w pewnych źródłach tego, co się chce powiedzieć, aby nie popełniać grubych błędów, co niestety uczynił profesor Cini. Chyba że dla profesora Ciniego modelem nowoczesnego państwa jest Związek Radziecki, a ideałem uniwersytetu laickiego Wyższa Szkoła Ateizmu w Moskwie. W tym wypadku czuję się w obowiązku poinformować go, że Związek Radziecki już nie istnieje, a Wyższa Szkoła Ateizmu też zamknęła podwoje.
            Nie brakuje w liście profesora Ciniego typowych odniesień do okropności krucjat i innych niegodziwości, którym są - lub mają być - winni chrześcijanie. Tej sprawie również warto poświęcić kilka słów.
Krucjaty wyruszyły do Ziemi Świętej, aby odbić Jerozolimę, ponieważ ktoś ją wcześniej podbił. Muzułmanie nie zdobyli połowy regionu śródziemnomorskiego, machając gałązkami oliwnymi i walcząc bronią słowa, lecz uczynili to ogniem i mieczem. Ówcześni chrześcijanie byli ludźmi swoich czasów: w czasach miecza byli ludźmi miecza. Z pewnością nie złożyli wielkiego chrześcijańskiego świadectwa, lecz nie byli gorszymi ludźmi niż ich przeciwnicy. Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Chrześcijanie prosili o przebaczenie za wszystkie potworności w historii chrześcijaństwa. Prosili Boga i innych ludzi o przebaczenie tego, że nie potrafili dawać świadectwa o Synu Bożym. Za chrześcijan prześladowanych przez islam, za zmasakrowanych w Wandei, za ofiary komunizmu - nikt nigdy nie prosił o przebaczenie.
Czy ktoś, kto był stalinistą co najmniej do końca 1956 roku, może się wypowiadać przeciwko chrześcijanom? Czy nie powinien pomyśleć, że w ostatnich stuleciach zagrożenia dla wolności nie pochodziły od Kościoła katolickiego, lecz ich źródłem były ateistyczne i antychrześcijańskie ideologie, jak narodowy socjalizm i komunizm? I czy nie powinien zauważyć, że w ostatnim dwudziestoleciu dwudziestego wieku komunistyczny totalitaryzm i liczne dyktatury wojskowe upadły wobec religijnego i moralnego świadectwa ludzi, dla których Kościół był przewodnikiem?
            Ostatni argument Ciniego - w istocie najważniejszy - odnosi się do relacji między rozumem a wiarą i stanowi swego rodzaju spóźnioną zemstę za sprawę Galileusza. Tutaj argumentacja Ciniego jest zbieżna ze stwierdzeniami "listu sześćdziesięciu siedmiu" i dlatego list ten będzie punktem wyjścia rozważań na ten temat.
            "List sześćdziesięciu siedmiu" wyraża poparcie dla listu Ciniego i dodaje wypowiedź Paula Feyerabenda zaczerpniętą z wystąpienia Ratzingera. Feyerabend pisze: "Kościół w czasach Galileusza o wiele ściślej trzymał się rozumu niż sam Galileusz [...]. Jego wyrok na Galileusza był racjonalny i sprawiedliwy"[3]. Ratzinger nie zasługuje na zaproszenie na Uniwersytet La Sapienza, ponieważ zacytował te słowa. W rzeczywistości sześćdziesięciu siedmiu sygnatariuszy listu daje oczywisty dowód tego, że nie śledzą współczesnej debaty epistemologicznej ani dyskusji nad procesem Galileusza oraz że nie potrafią odróżnić intencji autora cytatu od intencji tego, kto go cytuje. Nawet w Biblii można znaleźć zdanie: "Nie ma Boga". Zanim ktoś powie, że Pismo Święte głosi ateizm, powinien przeczytać cały tekst, który brzmi następująco: "Mówi głupi w swoim sercu «Nie ma Boga»" (Ps 14, 1). Natchniony autor cytuje innego autora i fakt, że ten ostatni zostaje nazwany głupim, mówi nam od początku, że tekst cytowany jest z dezaprobatą. Źle, gdy profesor z wyższością wypowiada się o programach nauczania uniwersyteckiego za granicą, bez ich znajomości. Gorzej, gdy nie wie, jak należy czytać tekst. Można by powiedzieć, że brakuje mu postawy krytycznej, a celem uniwersytetu jest przecież nauczanie - ponad poszczególnymi dyscyplinami i wydziałami - metody krytycznej lub, inaczej mówiąc, metody naukowej. Okazało się, że sześćdziesięciu siedmiu profesorów (a wcześniej profesor Cini) ma braki właśnie w dziedzinie metody. Zobaczmy, dlaczego.
            Wyjaśnijmy najpierw, co dokładnie chciał powiedzieć Feyerabend. Jest on jednym z największych współczesnych epistemologów, czyli jednym z największych współczesnych filozofów nauki. Znany jest ze swej skłonności do formułowania paradoksów, niezwykłych tez i do prowokacji. Z jego prowokacji zawsze jednak można się czegoś nauczyć. I nie jest katolikiem.
            W cytowanym fragmencie Feyerabend zajmuje się pewną obiegową interpretacją przypadku Galileusza, która głosi, że Galileusz wynalazł lunetę i posługując się tym narzędziem, zobaczył, że ziemia obraca się wokół słońca, a nie odwrotnie. Uczeni tamtych czasów, wierniejsi fizyce arystotelesowskiej niż doświadczeniu, odmawiali spojrzenia przez lunetę, czyli poddania swoich apriorycznych przekonań próbie doświadczenia.
            Nietrudno pojąć, że przez żadną lunetę nie można z ziemi zobaczyć, że obraca się ona wokół słońca. Aby zobaczyć ziemię obracającą się wokół słońca, trzeba by dysponować lunetą umieszczoną w przestrzeni kosmicznej w ogromnej odległości zarówno od ziemi, jak i od słońca. Teoria heliocentryczna zaś została dowiedziona za pomocą złożonych konstrukcji teoretycznych, opartych na empirycznych pomiarach ruchów ciał niebieskich, które to pomiary mogły dostarczyć pośredniego potwierdzenia tez Kopernika i Galileusza.
            Uczeni, którzy nie chcieli przyjąć Galileuszowych teorii, nie odmawiali wcale patrzenia przez lunetę, potrafili się nią znakomicie posługiwać, lecz dane empiryczne, które uzyskiwali, i sposób, w jaki łączyli je w spójną teorię, prowadziły ich do innych wniosków niż Galileusza. Była to faza przejściowa, faza niepewności - która często powtarza się w historii nauki. W tym kontekście kard. Robert Bellarmin głosił, że należy powstrzymać się od uznania tej czy innej teorii naukowej za absolutnie prawdziwą. Można natomiast powiedzieć, że teoria Galileusza lepiej wyjaśnia dotychczas zaobserwowane zjawiska, to znaczy pozwala ocalić to, co się jawi (gr. sozein ta fainomena). Jutro zaobserwujemy być może inne zjawiska i wówczas będziemy musieli zmienić teorię. Poglądy Bellarmina są bardzo podobne do koncepcji, którą wiele lat później sformułował największy epistemolog dwudziestego wieku Karl Raimund Popper.
            Tradycyjna teoria pracy naukowej była przed Popperem zasadniczo  w e r y f i k a c j o n i s t y c z n a. Naukowiec formułował teorię, a następnie przeprowadzał eksperyment, który pozwalał ją empirycznie zweryfikować. Z teorii wyprowadzano konsekwencje empiryczne i sprawdzano, czy rzeczy mają się tak, jak przewidziano w teorii. Jeśli eksperyment się udawał, teorię uważano za zweryfikowaną, czyli za prawdziwą. Teoria weryfikacjonistyczna budziła jednak wątpliwości ze względu na częsty w historii nauki fakt, że po długim okresie, w którym dokonywane eksperymenty potwierdzały teorię, przeprowadzano takie, które jej zaprzeczały. Okrywano konsekwencje teorii, które nie zostały potwierdzone za pomocą empirycznego eksperymentu, co zmuszało do całkowitej lub częściowej zmiany teorii.
            Wychodząc od tego faktu, Popper stwierdził, że żadna teoria naukowa nie daje się ostatecznie zweryfikować. Nie jest bowiem możliwe poddanie eksperymentowi wszystkich konsekwencji empirycznych, które mogą zostać wyprowadzone ze zdania teoretycznego. Dlatego teoria naukowa nigdy nie wyraża prawdy absolutnej. Nauka zawiera teorie probabilistyczne - nie teorie zweryfikowane, lecz teorie dotychczas  n i e s f a l s y f i k o w a n e. Uznajemy (tymczasowo) za prawdziwe te teorie, które nie zostały (jeszcze) sfalsyfikowane. W taki sposób przedstawiana jest przez Poppera i jego następców metoda nauk przyrodniczych lub empirycznych (można by dyskutować, czy metoda ta może zostać rozciągnięta na nauki aprioryczne, takie jak matematyka). Oczywiste jest podobieństwo między poglądami Poppera a salomonowym rozstrzygnięciem sporu wokół Galileusza zaproponowanym przez kardynała Bellarmina. Epistemologia Bellarmina wydaje się więc dzisiaj niezwykle nowoczesna.
            Niech wolno mi będzie zauważyć, że sześćdziesięciu siedmiu profesorów z Uniwersytetu La Sapienza nie wykazuje zrozumienia sensu stwierdzenia Feyerabenda, nie odczuwa potrzeby konfrontacji z nim i przeciwstawienia argumentu argumentowi, aby ostatecznie odrzucić jego stwierdzenie. Ograniczają się oni do potrząsania głową z oburzeniem i do rzucania anatem. Potępienie to, ze względu na sposób, w jaki zostało wypowiedziane, nie dotyczy tylko Feyerabenda, lecz całej nowoczesnej postpopperowskiej epistemologii falsyfikacjonistycznej, to znaczy całej epistemologii współczesnej.
            Czy jednak Ratzinger zgadza się z Feyerabendem? Żeby się tego dowiedzieć, wystarczy przeczytać kilka następnych wierszy z jego wypowiedzi (z którą jednak, jak się zdaje, profesorowie się nie zapoznali). Ratzinger pisze: "Tworzenie na podstawie takich poglądów nieprzemyślanej apologetyki byłoby nierozsądne; wiara nie wyrasta z resentymentu czy ze zwątpienia w racjonalność, lecz z jej zasadniczej afirmacji i faktu, że jest ona wpisana w rozumność wyższego rzędu"[4]. Innymi słowy, Ratzinger nie zgadza się na przypisywanie racjonalności naukowej funkcji jedynie instrumentalnej i na odbieranie tej racjonalności waloru prawdziwości. Zresztą w "sprawie Galileusza" sedno problemu nie leży w naukowej czy epistemologicznej poprawności Galileuszowej teorii. Choćby Galileusz nie miał racji z naukowego punktu widzenia, Święta Inkwizycja nie miałaby żadnego prawa cenzurować go ani karać. W sprawie Galileusza problemem jest  w o l n o ś ć  b a d a ń. Uczony ma prawo prowadzić badania w sposób wolny, a ryzyko pomyłki z konieczności związane jest z uprawianiem nauki. Ratzinger nie zgadza się z Feyerabendem. Dlaczego więc go cytuje? Wyjaśnienie znajdujemy nieco dalej: "Przywołuję to jako symptomatyczny przypadek, w którym daje się dostrzec, jak głęboko sięga dziś zwątpienie nowoczesności - nauki i techniki - w samą siebie"[5]. Ratzinger czyni to, co powinien uczynić każdy prawdziwy profesor: traktuje Feyerabenda poważnie, aby poddać go krytyce i przekroczyć jego wnioski, nie negując jednak powagi i wartości jego wkładu w naukę. Kryzysy należą do paradygmatu nauki i są formą jej samorozumienia. Feyerabend wyraża ówczesny kryzys w sposób symptomatyczny. Aby kryzys ów przezwyciężyć, trzeba jednak przede wszystkim go sobie uświadomić.
            Jak widzieliśmy, kryzys został dostrzeżony nie tylko przez Feyerabenda. W swoim wykładzie Ratzinger przytacza niewiele różniące się stanowiska Ernsta Blocha[6] i Carla Friedricha von Weizsäckera[7]. Mógłby przypomnieć również całą szkołę frankfurcką i Edmunda Husserla, który napisał książkę pod emblematycznym tytułem Kryzys nauk europejskich[8].
            Właściwym zamiarem Ratzingera nie jest wykorzystanie kryzysu do fideistycznej negacji rozumu. Rozważa on raczej sposób przezwyciężenia kryzysu i odzyskania wartości oraz sensu rozumu naukowego.
            Oceńmy raz jeszcze rozmiary prowincjonalizmu i obskurantyzmu naszych profesorów: pomijają bez wahania Husserla, Poppera, Feyerabenda i całą współczesną epistemologię i trwają w pewności swoich przekonań, zamknięci na refleksję czy dialog - nie z Papieżem, lecz z samorozumieniem współczesnej nauki.
            Jaka wizja nauki i społeczeństwa prezentowana jest zatem przez naukowców podpisanych pod słynnym listem? Mimo że oczywiście każdy myśli samodzielnie, wśród włoskich profesorów fizyki rozpowszechniona jest jednak forma ideologii, która ma kilka typowych cech. Należy podkreślić, że ideologia ta rozpowszechniona jest przede wszystkim wśród starszych profesorów, mniej aktywnie uczestniczących w przepływie informacji w międzynarodowej społeczności naukowej. Przejdźmy teraz do poszukiwania źródeł błędu sześćdziesięciu siedmiu profesorów.
            Na początku lat trzydziestych młody i błyskotliwy włoski student filozofii Ludovico Geyamonat udał się do Wiednia, by zbierać materiał do pracy z zakresu filozofii nauki. W ówczesnych Włoszech, opanowanych przez swego rodzaju intelektualną dyktaturę idealizmu, niewątpliwie trzeba było odwagi, aby napisać pracę z filozofii nauki. W Wiedniu dominującą pozycję utrzymywało wówczas tak zwane Koło Wiedeńskie, grupa naukowców, którzy podali w pewnym sensie definitywne sformułowanie  w e r y f i k a c j o n i s t y c z n e j  koncepcji nauki i próbowali kontynuować i doskonalić wielką wizję pozytywizmu. Ich zdaniem jedynym językiem odpowiednim do mówienia o prawdzie jest język nauki, a dokładniej język fizyki (dlatego ich stanowisko jest często nazywane  f i z y k a l i z m e m). Pozostałe języki nie odnoszą się do rzeczywistości i w istocie pozbawione są sensu - są metafizyczne. Wszystkie zdania, które nie mogą zostać udowodnione metodami fizyki, są metafizyczne. Elementem myślenia pozytywistycznego jest idea hierarchizacji nauk. Chemia powinna być budowana na podstawie fizyki, a biologia na podstawie chemii, psychologia na podstawie socjologii, która też powinna być podstawą polityki. Ta hierarchia nauk opracowana została przez Augusta Comte'a w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i zasadniczo przejęta przez nowych pozytywistów. Z tej perspektywy rozumiemy lepiej, czym jest laicyzm (ma on zresztą również wersję idealistyczną i niepozytywistyczną, której jednak nie będziemy omawiać) - jest on polityką zbudowaną na podstawie nauki, polityką jako nauką. Charakterystyczne dla laicyzmu jest przekonanie, że państwo nie potrzebuje wartości religijnych, filozoficznych ani estetycznych, których samo nie może wytworzyć. Państwo opiera się na naukowej koncepcji rzeczywistości opracowanej na uniwersytecie państwowym. Religia może być tolerowana z racji oportunistycznych, lecz nie wnosi żadnego pozytywnego wkładu w strukturę społeczeństwa - podobnie jak wszystko, co należy do sfery "nie-nauki", czyli metafizyki (która obok teologii obejmuje poezję, sztukę i zdrowy rozsądek). To oczywiste, że taki typ laicyzmu jest także ze swej istoty antydemokratyczny. Wyłącznie bowiem naukowcy mają prawo interweniować w kierowanie państwem. Opinia "nieuczonych" nie może być poważnie brana pod uwagę. Tego nauczył się młody Geyamonat w Wiedniu i tego uczył we Włoszech, wprowadzając jednak istotną zmianę. Wydawało mu się, że rolę nauk humanistycznych i społecznych, które powinny być kulminacją wielkiej encyklopedii pozytywistycznej, może odegrać materializm dialektyczny i historyczny, marksizm-leninizm. Z tego źródła można wyprowadzić dużą część ideologicznych przekonań najstarszych fizyków, wykształconych zanim do Włoch dotarły echa rewolucji epistemologicznej, która dokonała się na świecie. Wyjaśnia to również, dlaczego wśród włoskich fizyków jest tylu komunistów.
            Gdy Geymonat zaczynał swoją karierę akademicką, ukazała się w środowisku Koła Wiedeńskiego książka, która zrewolucjonizowała koncepcję nauki - Logik der Forschung[9] autorstwa wspomnianego już Karla Poppera. Wraz z tym dziełem dokonało się przejście od wizji weryfikacjonistycznej do falsyfikacjonistycznej. Jeśli metoda naukowa nie jest weryfikacjonistyczna, nauka nie może podawać prawd absolutnych. Metafizyka zostaje w pewnej mierze zrehabilitowana. Co więcej, coraz trudniejsze staje się wyznaczenie absolutnie pewnej granicy między metafizyką a nauką. Spróbujemy zilustrować to stwierdzenie za pomocą przykładu. W dyskusjach prowadzonych przez zwolenników Koła Wiedeńskiego wprowadzono zakaz posługiwania się pojęciami metafizycznymi, aby nie wykraczać poza teren czystej nauki. Przestrzegania tej zasady najgorliwiej domagał się Hans Hahn, który często zabierał głos i demaskował pozostałości metafizyki w wypowiedziach swoich kolegów. Było to tak uciążliwe, że w końcu wręczono mu kartkę z napisem "metafizyka", którą mógł podnosić, gdy tylko uznał to za stosowne, nie przerywając rozmowy. Kartka stale pozostawała w górze. Dlaczego? W rzeczywistości większość zdań nauki nie została empirycznie dowiedziona. Podstawowa struktura teorii może zostać poddana eksperymentowi wyłącznie nie wprost, poprzez sprawdzenie jednej lub kilku konsekwencji wyprowadzonych z tej teorii. Również kiedy mówimy o nauce, większość zdań, które wypowiadamy, nie może zostać dowiedziona, a więc nie należy do "nauki" w sensie przyjętym przez Koło Wiedeńskie. Stanowi to punkt wyjścia dla Popperowskiej teorii falsyfikacjonistycznej, która jest w istocie samokrytyką Koła Wiedeńskiego. Języki nauki i metafizyki związane są ściślej, niż przypuszczali twórcy Koła. Innymi słowy, nauka nie jest wyłącznie eksperymentem, lecz także (a może przede wszystkim) teorią. Dyskurs metafizyczny (tutaj słowo "metafizyka" odnosi się do teologii, filozofii, sztuki, poezji i języka potocznego) nie jest pozbawiony sensu. Po prostu nie podlega dowodzeniu (przynajmniej nie za pomocą metody nauk przyrodniczych).
            Kryzys weryfikacjonizmu pociągnął za sobą również kryzys hierarchii nauk narzuconej w okresie triumfu pozytywizmu. Myśl, że możliwe jest zbudowanie innych nauk na bazie fizyki, upadła. Każda nauka ma własną metodę, niesprowadzalną do metody jakiejkolwiek innej nauki. Nie powiodło się połączenie nauk w jedną, jednolitą, hierarchicznie uporządkowaną wiedzę. Każda nauka wyjaśnia całą rzeczywistość na podstawie ograniczonej liczby pojęć. Fizyka kartezjańsko-galileuszowska wyjaśnia całą rzeczywistość w terminach przestrzeni, czasu i masy. Nauka ta nie może oddać wiernie całej rzeczywistości, lecz buduje jej uproszczony model, z którego wykluczone jest wszystko, co nie jest masą, przestrzenią i czasem. Nadzieja, że całą różnorodną rzeczywistość uda się w końcu zredukować do kilku pojęć, jest oczywistym złudzeniem. Inne nauki równie prawomocnie wyjaśniają rzeczywistość za pomocą innych pojęć i dostarczają innego uproszczonego modelu, użytecznego do innych celów. Połączenie wszystkich tych modeli w jedną całość nie jest możliwe. Rzeczywistość jest zawsze bogatsza niż jej teoretyczne ujęcie. Niemożliwe okazuje się zatem mówienie w języku nauki o całości rzeczywistości. Podobny sens ma odkrycie wielkiego logika i matematyka, również Austriaka, Kurta Gödla: nie istnieje język, który zawierałby wyczerpującą definicję wszystkich swoich terminów. Każdy język sformalizowany (naukowy) wskazuje na język wyższego rzędu (interesujący jest fakt, że Gödel w pismach, które zostały opublikowane po jego śmierci, pozostawił opracowanie ontologicznego dowodu na istnienie Boga).
            Rewolucja epistemologiczna uwalnia nauki od dyktatury fizyki. Każda nauka rządzi się własną metodą, jest suwerenna i niezależna. Wraz z upadkiem teorii hierarchii nauk zanika postawa redukcjonistyczna, zgodnie z którą definiowano przedmioty jako "nic innego niż": człowiek na przykład to nic innego niż masa w ruchu, a miłość to nic innego niż seks. To zaś, czego wyróżniana aktualnie teoria nie potrafi nazwać, nie powinno istnieć. Tymczasem istnieje "coś więcej" w stosunku do języka każdej poszczególnej nauki przyrodniczej oraz do języka nauk przyrodniczych jako złożonej całości, coś, co nie jest pozbawione sensu: świat życia, w którym mają swe źródło pojęcia poszczególnych nauk i którego nigdy nie zdołamy wyczerpać.
            Zanim zakończymy tę część rozważań, zatrzymajmy się przez chwilę przy rewolucji naukowej i przyniesionych przez nią korzyściach zarówno w aspekcie czystego poznania, jak i możliwości panowania nad przyrodą. Wielki francuski epistemolog Gaston Bachelard pokazał, jak wielką przeszkodą dla nauki w czasach antycznych i w średniowieczu była niezdolność ujęcia świata jako zbioru czystych przedmiotów[10]. Dla człowieka starożytności przedmiot był zawsze nośnikiem sensu. Podejmowano więc próby wyprowadzenia reguł zachowania się przedmiotu z jego symbolicznego znaczenia - co nie pozwalało zrozumieć przedmiotu jako przedmiotu. Taki sposób jego rozumienia jest wielką zdobyczą nowożytnej fizyki. Ujmijmy w nawias wszystkie różnice między ciałami o rozmaitych kolorach, ciężarach, smakach, między ciałami ożywionymi a nieożywionymi, między ciałami świętych a ciałami grzeszników. Zbadajmy zachowanie ciał jako ciał, a będziemy w stanie stworzyć naukę rzetelnie wyjaśniająca ich ruch. Oczywiście wskutek tego zabiegu wzięte w nawias różnice nie przestają istnieć, nie tracą swej wagi - będziemy musieli do nich wrócić, gdy zechcemy zbadać te same ciała z innego punktu widzenia.
            Tym, co uzyskujemy metodą właściwą dla nauk przyrodniczych, nie jest tylko użyteczna wiedza instrumentalna, lecz autentyczne poznanie - chociaż nie jest to poznanie absolutne. Wielki filozof włoski Giambattista Vico twierdził, że Bóg poznaje świat ciał od wewnątrz i w sposób absolutny. Człowiek natomiast poznaje go od zewnątrz i przez uproszczenia. W pewnym sensie Vico zrozumiał już wszystko. Aby uporządkować i zrozumieć świat czystych przedmiotów, należy ująć w nawias serce człowieka, czyli jego podmiotowość. Człowiek kieruje ku przedmiotom żądanie znaczenia, wartości i sensu, którego przedmiot nie jest w stanie spełnić. Charakterystyczną cechą bałwochwalstwa, lecz także magii, jest właśnie przekonanie, że przedmiot może odpowiedzieć w sposób wyczerpujący (boski) na pragnienie sensu, które płynie z ludzkiego serca. Dlatego dobrze jest, jeśli metoda naukowa nie uwzględnia tego pragnienia - dobrze dla poznania świata przedmiotów, które w przeciwnym wypadku nie mogłoby się rozwijać, i dobrze dla poznania świata wartości, które mogłoby łatwo stać się źródłem bałwochwalstwa (bałwochwalstwo opiera się na utożsamieniu wartości z przedmiotem). Znakomicie wyjaśnił to jeden z wielkich komentatorów Kartezjusza, Lucien Laberthonnière. Twierdził on, że uznanie dla wielkiego postępu nowoczesnej nauki nie powinno doprowadzić do błędnego przekonania, że jedynym zasadnym sposobem posługiwania się rozumem jest sposób sugerowany przez nauki przyrodnicze[11].
            Istnieją co najmniej dwa inne obszary, w których człowiek używa rozumu. Jednym z nich są nauki aprioryczne, zdaniem jednych matematyka, zdaniem innych, na przykład fenomenologów nauk takich jest więcej. Prawdę mówiąc, są i tacy, którzy twierdzą, że matematyka nie jest w istocie nauką aprioryczną. W tym miejscu nie możemy oczywiście wchodzić w dyskusję nad podstawami matematyki, wystarczy, że wskazaliśmy na problem.
Drugim takim obszarem są nauki moralne. Kiedy mężczyzna i kobieta mówią sobie nawzajem "kocham cię", akt ten nie jest wyrazem apriorycznej pewności. Nie jest także wynikiem eksperymentalnej weryfikacji. Wyraża on raczej zbieżność znanych z doświadczenia licznych oznak z aktem woli, który od nich wychodzi, lecz nieskończenie je przekracza. Ów akt woli wyraża przyjęcie hipotezy sensu, którą może sfalsyfikować tylko doświadczenie całego życia. Jest zakładem zawartym z losem, tym, co Pascal nazwałby aktem wiary.
                                                                                                                                                                                                                                            .....    czytaj dalej..... 


* Tekst ten, pod tytułem Le ragioni di Papa Benedetto XVI, zamieszczony został w książce Luki Volontego Benedetta Sapienza (Rubbettino, Soveria Mannelli 2008, s. 107-139).
[1] Zob. B e n e d y k t  XVI, Papież nie narzuca wiary, lecz zachęca do szukania prawdy, niniejszy numer "Ethosu", s. 123-130  (przypisy pochodzą od redakcji).
[2] Giuliano Ferrara (ur. 1952) - włoski publicysta i polityk, założyciel i redaktor naczelny konserwatywno-liberalnego dziennika "Il Foglio". Mimo swojego ateizmu, jest przeciwnikiem aborcji oraz laicyzacji kultury.
[3] Cyt. za: kard. J.  R a t z i n g e r, Drogi wiary wobec przełomu współczesności, w: tenże, Czas przemian w Europie. Miejsce Kościoła i świata, tłum. M. Mijalska, Wydawnictwo M, Kraków 2001, s. 88.
[4] Tamże, s. 89. Przekład polski zmieniono na podstawie wersji włoskiej (przyp. tłum.).
[5] Tamże.
[6] Por. tamże, s. 87n.
[7] Por. tamże, s. 88n.
[8] Zob. E.  H u s s e r l, Kryzys nauk europejskich a fenomenologia transcendentalna, tłum. S. Walczewska, Wydawnictwo Rolewski, Toruń 1999.
[9] Zob. K. R.  P o p p e r, Logika odkrycia naukowego, tłum. U. Niklas, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002.
[10] Zob. G. B a c h e l a r d, Kształtowanie się umysłu naukowego. Przyczynek do psychoanalizy wiedzy obiektywnej, tłum. D. Leszczyński, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2002.
[11] Por. L. L a b e r t h o n n i è r e, Le drame moderne de la pensée chrétienne, w: Laberthonnière. L’homme et l’ouevre, red. P. Beillevert, Beauchesne, Paris 1972, s. 175-177.

  1. ISSN 0860-8024
  2. „Ethos” jest czasopismem punktowanym przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego: 20 pkt.
  3. Kwartalnik „Ethos” indeksowany jest przez następujące bazy: EBSCO, CEEOL, Index Copernicus (ICV 2017: 55,26), Philosopher’s Index, ERIH Plus.
  4. Prefix DOI 10.12887